W poprzek czasu.

marzec 24, 2008

3. Chociaż nie wozi do nieba

Zaszufladkowany do: Projekt, bez-znaczenie — arilyn @ 9:47 pm
Tags: , , , , ,

Boję się jeździć windą.

I nawet nie chodzi o to, że liny są przerdzewiałe, pomieszczenie małe, obcy ludzie – wsiadają i wysiadają. Przerażają mnie dźwięki, dla których oddania nie jest odpowiedni żaden zlepek liter onomatopeiczny.

Nie martwią mnie schody.

Co najwyżej półpiętra – nigdy nie wiadomo co lub kto się na nich czai. Tylko pytanie, jak długo starczy mi sił, by wspinać się na 6 piętro? Schodzenie to jeszcze pół biedy – tylko zajmuje trochę.

Na początku muszę wszystko zmierzyć.

Zbadać czasy i wymiary. Ile zajmuje przejście z kuchni do pokoju. Ile sekund zbiega się po setkach schodów w dół. I najważniejsze – które skróty na przystanek są naprawdę skrótami. Chcesz się spóźnić, idź na skróty – mawiają – ale czy ja mogę nie spróbować weryfikacji przysłowia ludowego? Na miejscu zawsze jest jakiś tramwaj – przynajmniej teraz jeszcze w to wierzę. Jeszcze ufam minutom zaklętym w rozkładzie. Jeszcze ufam – generalnie.

Na miejscu nie wypada już pytać, w którą stronę powinnam iść żeby trafić na Uczelnię. Nóż, widelec -zapytam kogoś, przed kim później będzie mi wstyd. Nie pytam więc – przezornie. Błądzę. I trafiam. Widocznie nie tylko Ci, którzy pytają, trafiają do celu. I tym razem pewnie wszystko zależy od tego jak cel definiujemy. Szczegóły diabelskie.

Rozkład sal pozostanie dla mnie tajemnicą jeszcze przez wiele tygodni. Może na zawsze – nie ma co sobie zawracać nim głowy pierwszego dnia. Może w ogóle. Prędzej zapamiętam ludzi. A Ci kierują się w nowym kierunku.

Wysoki czerwony budynek. 18 pięter. Nie ma mowy o schodach, chociaż winda na pewno nie wozi do nieba. Czuję jednak, że tam na górze jest już całkiem blisko. Gdyby nagle postanowiła spaść, byłoby jeszcze bliżej.

O rany.

luty 3, 2008

2. za-miesz(k)anie

Zaszufladkowany do: Projekt, bez-znaczenie — arilyn @ 6:31 pm
Tags: , , , , ,

Spotkanie z właścicielem mieszkania umówione było na 12. Odbyło się o 14 i to tylko dlatego, że odebrał nas ze stacji benzynowej w bliżej nieokreślonym miejscu, które wydawało nam się być wtedy bardzo bliskie celu. Niesłusznie się wydawało oczywiście. Rataje to bardzo względne określenie lokalizacji – wiem to po fakcie. Na szczęście nie po szkodzie – większej.

Miasto rozkopane, w 30 stopniowym upale przeradza się w jeden wielki sklep cynamonowy. Na każdym rogu można kupić plastycznie topiące się urojenia. Lizaki na patyku. Odległości stają się metafizyczne. Z fizyką i jej prawami niewiele mają wspólnego zdarzenia. Tramwaje przecinają powietrze niezgodnie z rozkładem. W zamian rozkładają dźwięki na naszym oczekiwaniu – muzyka szyn nie koi jednak nerwów.

Mapa nie wystarcza. Trzeba jeszcze umieć ją czytać. Tego dnia było to tak samo trudne, jak wróżenie z linii ukrytych we wnętrzach dłoni.

Na planie odległość AB nie jest straszna. Kiedy błądzimy, staje się niewyobrażalna. Przerażająca nawet. Jedyna droga, która przychodzi mi na myśl, to ta mleczna, związana pewnie z narastającym pragnieniem. Jednak w samo południe trudno doszukać się jej w przestrzeni poziomej. Czuję, że widać za to nasze mleko pod nosem. Tego akurat napić się nie można. Zero organizacji, zero czasu, zero orientacji. Spóźnienie goni spóźnienie.

Po dwudziestym telefonie cierpliwość potencjalnego wynajmującego się kończy. Nasza tego dnia chyba nawet nie miała szans na właściwe rozpoczęcie. Wyjeżdża nam naprzeciw, by jak rycerz uratować resztki życiowej energii i swój „mieszkaniowy interes”.

To spotkanie z niewyobrażalnym opóźnieniem jest już kolejnym. Jednym z wielu. Nie wiem nawet którym. Bo czy liczyć właścicieli kotów, piwnic udających apartamenty i żarliwych hodowców grzyba w łazience? Lepiej nie – dla dobra statystyk mieszkaniowych. I nerwów własnych – oczywiście.

Szybkie oględziny, 6 piętro, 13 na drzwiach, 3 pokoje. Widok – może nie na morze, ale podobno nocą nie najgorszy.

Będziemy miały okazję się przekonać. Krótkie spojrzenie, krótka piłka – bierzemy.

styczeń 29, 2008

1. Na początku zawsze jest koniec.

Zaszufladkowany do: Projekt, bez-znaczenie — arilyn @ 8:14 pm
Tags: , , , ,

Moje ciało zbudowane jest z marzeń – rodziców o wspólnym szczęściu i moich o szczęściu własnym. Umysł to suma natchnień podsyłanych przez wychowawców, którzy szukają uczniów tam, gdzie wzorców już dawno nie ma. Gdyby nie spora lista wad, myślę, że mogłabym być idealna.

I nie wiem, jak to jest, ale dotychczas absolutnie bez wad jest tylko ta kawa – cukier, śmietanka i aromat – odznaczone kołem na gazecie. Szukam w niej mieszkania. Z nią właściwie. Naprawdę nie potrzebuję wiele: łóżko, biurko. I koniecznie szafa. Gdzieś przecież muszą się chować potwory z dawnych lat. Owinięte w grube swetry lub półnagie w sukienkach, w których babcia nie wypuściłaby mnie z domu. I jeszcze cztery kąty. Pierwszy w ramach zadośćuczynienia za grzechy i grzeszki, co grzechoczą onomatopeicznie grając na nerwach i sumieniu. Sama się w nim postawię, jak będzie trzeba. Drugi, by matematycznie rzecz biorąc sprawdzić, czy Pitagoras miał rację. Pozostałe, bo przecież pokój to nie trójkąt o czterech bokach.

Stare Miasto, Nowe Miasto. Nic mi to nie mówi. Dopiero co nadeszła pora Poznania, a oznacza to ni mniej, ni więcej, że dla mnie miasto jest jedynie i absolutnie – nowe. Wilda – tam podobno mieszka szatan. Jeżyce – na pewno – Rychu Peja, a przynajmniej, tak mówili w telewizji – a skoro tak – to nie ma, że joł. Grunwald? 1410. Nie, to nie to.

Przegryzam powietrze – nerwowo – dbam o linię. Te tramwajowe na mapie mówią, że trzeba kupić bilet całodobowy, a ja nie mam zamiaru spędzić tu więcej niż trzy godzin. Tylko, że motorniczym tego tłumaczyć nie będę. To w końcu pestka.

Czuję, że to się tak szybko nie skończy.

styczeń 28, 2008

Przeprowadzka

Zaszufladkowany do: blog — arilyn @ 3:24 pm
Tags: ,

Kiedy piszesz w jednym i tym samym miejscu przez 4 lata i nagle stwierdzasz, że kartki tego mieszkania wyblakły, litery są za duże, ściany zeznań zbyt pochyłe, jest za duszno, za tłoczno – podejmujesz tak samo nagłą, jak dramatyczną decyzję – wyprowadzasz się. Jest w Tobie jeszcze jednak coś takiego jak sentyment – przywiązanie do pękniętego lustra, w którym co dzień można się przejrzeć, zakurzonych książek, do których wracasz – mimo wszystko. Jest w Tobie lęk, że Twoje łóżko zajmie ktoś obcy, w Twojej szafie plątać się będą cudze ubrania i myśli. Więc boisz się – kupujesz drugie mieszkanie i próbujesz żyć na dwa fronty.

Próbuję.

Blog na WordPress.com.